Dziennik Podróżny

Dziennik Podróżny

poniedziałek, 2 lutego 2015

(nie)Zimowa wycieczka po łąkach

Wstęp dla przypadkowego czytelnika.
W zasadzie wycieczka ta nie zasługuje na opisanie, skoro jednak blog ten ma charakter głównie prywatny i na razie nie planuje ujawniać się dla szerszej gawiedzi (kto znajdzie - jego sprawa), to nie mam oporów przed zamieszczeniem tekstu, który ma służyć głównie moim potrzebom kronikarskim.

Zimy tej zimy brak.
Czekam na śniegi, żeby móc pójść na łąki i zobaczyć je przykryte tym białym cudem. Niestety, piękną jesień mamy tej zimy (niech jednak nikogo nie zmylą gadki o globalnym ociepleniu - zima roku pańskiego 1990 wyglądała podobnie - wiem, bo oglądam sobie na TVP Historia archiwalne Dzienniki Telewizyjne/Wiadomości z pogodą i informacjami sportowymi - polecam, mniej się człowiek denerwuje niż przy oglądaniu newsów). 
Ale ile można czekać na ten śnieg? I po co, skoro przyjemnie jest na łąkach zawsze i o każdej porze. No to wybrałem się na spacerek z Zagórowa do Wrąbczynkowskich Holendrów.

wtorek, 13 stycznia 2015

Nawigacja GPS część 1

Kilka lat temu, kiedy kupiłem swój pierwszy własny telefon (wcześniej - słusznie uważając, że na co mi to dziadostwo - używałem dziedziczone komórki), zauważyłem, że wśród wielu dziwnych nazw funkcji które miał, była jedyna która mi coś mówiła - GPS. Zacząłem drążyć temat i... wsiąkłem. Szybko okazało się, że gps tego telefoniku to w zasadzie atrapa (nigdy nie udało mi się złapać żadnego satelity), jednak już połknąłem przynętę. Wyobrażałem sobie jak podbijam świat mając świadomość, że nigdy w nim nie zabłądzę. Że odkryje zapomniane przez ludzkość miejsca, zatopię się w turystyce i outdoorze bez strachu, że nie odnajdę drogi do domu. A najlepsze, że ten komfort psychiczny miałem mieć za darmo! Niestety, szybko okazało się, że nie jest tak pięknie i żeby to osiągnąć musiałem wydać troszkę kaski na moduł gps, który przesyła dane pozycji do telefonu. Zakupiłem Pentagram PathFinder P3106 i ruszyłem w teren...

środa, 31 grudnia 2014

Krótkie podsumowanie roku i obiecanki (byle nie cacanki!)

2014 - rok przełomowy. Chociaż w poprzednim trochę jeździłem, to dopiero w tym ruszyłem się na poważnie z domu. Odkryłem jaką prawdziwą frajdę może dawać jazda na rowerze i spanie na dziko w lasach i na łąkach. Przejechałem kilka wycieczek (i jeszcze więcej treningów) i mam z nich kupę wspomnień - odkryłem świetne miejsca, parę razy srogo się zawiodłem, a kilka wkurwiłem nieziemsko na mój złomiasty rowerek. Łącznie uzbierało się koło 1660 km. Może i mało. Ale na początek nie jest źle (ciekawostka: ile czasu potrzeba by przejechać 700 km? Rekord Guinnessa należy do Valerjana Romanovskiego, który przejechał 758 km w 48 h!). 

czwartek, 13 listopada 2014

Trening jesienny

Skoro ten blog ma mnie motywować, postanowiłem, że będę tu wrzucał krótkie opisy treningów mających więcej niż 50 km. Chyba, że kompletnie nie będzie o czym pisać...
Tak więc...
Jesień w tym roku jest rozpieszczająca, więc aż nie wypada z tego nie korzystać. Niestety mój złomiasty rower wszedł w tę piękną porę roku uszkodzony i nie nadający do jazdy. Odwlekałem naprawę po trochu z braku kasy, a po trochu... z braku kasy. Żal mi było znowu wydawać pieniądze na to barachło. Ale głód jazdy był większy. Na sztyce, bebechy piasty, szprychy i serwisowanie przez speca (samemu nie miałem serca się do tego zabrać - tym bardziej za centrowanie) poszła trochę ponad stówka. Już dawno koszt napraw i części przekroczył wartość tego roweru. No cóż, biednego nie stać na oszczędzanie, trzeba sobie to raz na zawsze zapamiętać. Może sobie powieszę to hasło na ścianie, albo wyhaftuje na portfelu.
Na pierwszy jesienny wyjazd postanowiłem zrobić sobie szybką, ale planowaną przejażdżkę połączoną z rekonesansem łąk niedaleko Goliny. Taki trening krajoznawczy. 

czwartek, 30 października 2014

O tym jak o mały włos nie rzuciłem roweru w kąt

Jakiś czas temu miałem jechać na wycieczkę rowerową ze znajomym. Nie znam go za dobrze, więc starałem się wybadać co i jak z jego kondycją rowerową, żeby się nie okazało, że po 20 km będzie chciał wracać. Jak się szybko okazało, doświadczenie miał skromne, by nie rzec żadne. I wtedy mi się przypomniały moje niedawne początki rowerowe i głupoty, które wtedy popełniałem i które, o mały włos, nie skończyły się porzuceniem rowerka na wieki. Chciałem mu je opowiedzieć ku przestrodze, ale ostatecznie gościu się z wycieczki wycofał, a mnie pozostały w głowie rady, z którymi nie miałem co zrobić. A że każdy lubi się się mądrzyć i swoje mądrości przekazywać dalej, to i mnie te rady uwierały w głowie. Teraz tak sobie pomyślałem, że skoro mam tego czytanego przez milionów bloga, to po mądruje się trochę tutaj. Nie będę jednak pisał, jak konkretnie coś wykonać, bo w necie jest mnóstwo dobrych poradników, a ja nie jestem na tyle kompetentny. Skupię się tylko na wypunktowaniu moich błędów, by ktoś kto to kiedyś przeczyta, mógł ich uniknąć.

niedziela, 26 października 2014

6 powodów, przez które ciężko się ruszyć z domu

Budzić się na łące...
Każdy wrośnięty w fotel człowiek ma jakieś wymówki i sposoby by wykręcić się przed wyjściem z domu. Ja też mam i choć jedne są już dla mnie wspomnieniem, to z innymi zmagam się do dziś. Ciągle siedzi we mnie taki mały zgniły Mateuszek i namawia, żebym się nie ruszał z domu dalej niż po fajki na stacje benzynową naprzeciwko (chociaż przerzuciłem się palenie tylko "cudzesów" przy różnych okazjach). Staram się gnoja tłamsić, ale czasami memeja zwycięża. Szepcze mi ciągle, wskazując na - jego zdaniem - przeszkody nie do pokonania. Kiedyś starałem się mu zaimponować, łudząc się, że zmieni do mnie stosunek. Teraz wiem, że to niemożliwe. Że jego trzeba po prostu ignorować, a po jakimś czasie przestanie sączyć te swoje mądrości. 

środa, 22 października 2014

Wycieczka po łąkach


Jesienią mnie nosi. Nie wiem czym jest to spowodowane. Może nostalgią za przemijającym latem, obawą przed nadchodzącą zimą, albo zapachem ognisk palonych na polach. W każdym razie co roku mam ochotę wziąć plecak i ruszyć przed siebie, byle gdzie, byle jak - byle się szwędać po nieznanym. W tym roku tym bardziej, że październik przywalił słońcem, którego nie powstydziłby się sierpień, o wrześniu nawet nie wspominając. A jako, że ten rok jest dla mnie przełomowy pod względem ruszenia dupy z mojego super wygodnego skórzanego fotela (kupionego w sklepie z wystawkami z Niemiec za 120 zł - miałem przez pewien czas dyskomfort, że siedzę na opierdzianym niemieckimi pierdami krześle...) to wreszcie mi się to udało. 
Rower niestety leży rozgrzebany bez tylnego koła i czeka na decyzje, czy dostanie nowe, czy będzie reanimacja starego (i jeszcze trochę sobie poczeka). Zostały mi więc do dyspozycji nogi, wyposażone w (prawie) nowe  buty. Do tego na plecy ciągle rozpruwający się plecak znanej niemieckiej firmy szyjącej w Chinach i słynącej z produkcji gówien. Jeszcze tylko pomysł na cel wycieczki. Szybki rzut oka na mapę i decyzja nie mogła być inna - nadwarciańskie łąki.